Hodowca z Parson Russell Terrierem Grey Vanilla FCI

Od zawsze interesowały mnie psy. Ale moment, kiedy rozpoczęłam hodowlę, był momentem, kiedy stwierdziłam, że jest to zdecydowanie coś, co chcę robić w życiu. Nie tylko jako hobby, którym oczywiście jest, ale jako pełne centrum mojego życia. Myślę, że to największa wartość, kiedy możesz robić w życiu to, co po prostu lubisz. Nie wychodzisz do pracy, jesteś ciągle w pracy. Ale w ogóle Cię to nie męczy, bo jest to najmilsza część Twojego życia.

Oczywiście, jak wiadomo, samo zainteresowanie nie wystarcza, by robić coś dobrze. U mnie zdobywanie wiedzy było od zawsze czymś bardzo naturalnym. Wszystko, co robię, staram się robić dobrze, dowiedzieć się najpierw, jak się za to zabrać. Mam dużą nieufność do ludzi, którzy nie mają wykształcenia w jakiejś dziedzinie, a mimo to wypowiadają się o niej z pełnym przekonaniem jakby odkryli prawdę objawioną, nie mając żadnego potwierdzenia swoich słów. Od zawsze irytowało mnie, kiedy na jakichś imieninach, jakiś wujek mądrzył się na temat motoryzacji, nie mając żadnej wiedzy, ale plecąc głupoty, które po prostu gdzieś zasłyszał albo jemu się akurat wyjątkowo sprawdzały. Tak samo irytowały mnie jakieś pseudomedyczne mądrości w stylu: „O, ciocia Hania to też miała takiego żylaka, to trzeba wycisnąć cytrynę i przyłożyć ją sobie do głowy, bo coś tam, coś tam”. Nie lubię czegoś takiego, nie pochwalam tego i jeżeli dostaję jakąś informację, chcę, żeby ona była zweryfikowana. Oczywiście można powiedzieć: „Próbuj przyłożyć sobie cytrynę, bo mi kiedyś pomogło”. Ale to zupełnie inny wydźwięk niż: „Na to trzeba zawsze położyć cytrynę, bo ja wiem i nie kłóć się ze mną!”.

Ale wracając do tematu…

Z psami było dokładnie tak samo, tylko tutaj dochodziła jeszcze jedna rzecz: ogromne poczucie odpowiedzialności. To nie jest samochód, który po prostu sobie zepsujesz i nie dojedziesz do pracy. To odpowiedzialność za żywe stworzenia. Od zawsze interesowałam się zwierzętami i miałam już jakąś podstawową wiedzę zdobytą po prostu z życia. Wiedziałam na przykład, że chomiki trzeba trzymać pojedynczo, a świnki zawsze powinno trzymać się przynajmniej w parach, bo to zwierzęta stadne. Wiedziałam też, że pies jest konkretnym gatunkiem i ma swoje potrzeby. To nie tak, że masz psa w domu i to tak, jakbyś miał kolejnego małego domownika na czterech nogach. Nie wszystko jest takie samo. Trzeba dowiedzieć się, jak to zwierzę ma funkcjonować i czego wymaga. Tak więc od zawsze było dla mnie ważne, żeby dobrze, gruntownie się przygotować. Czy kupiłabym egzotycznego pająka, czy też szczeniaka, musiałam najpierw zdobyć wiedzę, żeby nie popełnić błędów, a przynajmniej ograniczyć je do minimum.

Na początku zdobywałam ją z ogólnodostępnych książek, ale później zaczęłam szukać studiów w takiej dziedzinie. Myślałam o zootechnice, a potem dowiedziałam się, że na SGGW jest kierunek Hodowla i Ochrona Zwierząt Towarzyszących i Dzikich i już wiedziałam, że na pewno tam pójdę.

I tak przez kolejne cztery lata studiowałam hodowlę i ochronę zwierząt, kończąc studia z tytułem inżyniera. Moją pracę inżynierską poświęciłam hodowli terierów w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem psów rasy Parson Russell Terrier. Później tę wiedzę dalej poszerzałam na studiach podyplomowych z zoopsychologii, gdzie moją pracę poświęciłam zagadnieniu reaktywności i nadreaktywności u psów, na przykładzie Russell terrierów – zarówno Parson Russell Terrierów jak i Jack Russell Terrierów. W efekcie przez ponad pięć lat moja edukacja była bezpośrednio związana ze zwierzętami, ich hodowlą, dobrostanem, zachowaniem i funkcjonowaniem.

Dla mnie było to naturalną konsekwencją tego, że skoro chcę zajmować się hodowlą, to chcę naprawdę wiedzieć, co robię. Hodowla psów nie jest przecież czymś, czego można nauczyć się wyłącznie przez kupienie dwóch psów i zdecydowanie, że od teraz będziemy je rozmnażać. Za odpowiedzialną hodowlą stoi wiedza z zakresu genetyki, anatomii, fizjologii, żywienia, dobrostanu, zachowania i wielu innych dziedzin, a same studia były dopiero początkiem dalszego zdobywania tej wiedzy.

Klaudia Tokarska - Hodowca ZKwP FCI - Parson Rusell Terrier

Edukacja, przecież nie kończy się na studiach…

Studia spełniły jednak swoją rolę trochę inaczej, niż się spodziewałam. Mam wrażenie, że większość wiedzy, którą tam zdobyłam, już miałam wcześniej, a przynajmniej jej dużo u zalążków. Studia nauczyły mnie czegoś innego, co z perspektywy czasu uważam za jeszcze ważniejsze. Nauczyły mnie, jak zdobywać wiedzę, jak ją weryfikować, jak zdobywać rzetelne źródła informacji, jak nie dać się zmanipulować i nie pozyskiwać jej z miejsc, które długofalowo mogą zaszkodzić. Nauczyły mnie oddzielać ziarno od plew, a także pokazały masę nowych źródeł, z których warto jest czerpać. Były tak wspaniałym doświadczeniem, tak cudownym i odkrywczym jednocześnie, że chciałam to poszerzać na każdym możliwym horyzoncie. Co więcej, każdy z wykładowców, zachęcił mnie do poszerzania wiedzy w innym kierunku. Profesor od żywienia tak mnie wkręcił w żywienie, że zobaczyłam, jak bardzo osobny jest to temat. To, co je Twój pies, przekłada się nie tylko na to, czy tyje, czy chudnie. Wpływa na to, ile pobiera wody, wpływa na jego samopoczucie, a zdrowie jego jelit wpływa pośrednio na jego zdrowie psychiczne. Odpowiednim żywieniem możemy wpływać również na długość życia naszego psa. Wykładowca od psychologii, pomimo że byłam już wtedy po kursach behawioralnych, pokazał mi, że nie da się być „behawiorystą”, nawet jeśli masz porobione kursy w prestiżowych szkołach, jeśli nie masz podstaw neurobiologicznych do tego. Jeśli nie wiesz, jak dokładnie działa mózg, jakie są neuroprzekaźniki, jakie części mózgu odpowiadają za co, to nawet jeśli widzisz jakieś zachowanie, nie jesteś w stanie bez tych podstaw dobrze go modyfikować. Co więcej, jesteś w stanie zrobić zwierzęciu nieodwracalną krzywdę.

Tak jak zaczynałam hodowlę od tego, że po prostu uwielbiałam dbać o psy, dbać o nie tak po prostu jak właściciel, żeby były czyste, pachnące, szczęśliwe, wybiegane, wygłaskane i dobrze nakarmione, tak z czasem poczułam, że muszę po prostu rozwinąć każdy z tych wątków, żeby zapewnić im jak najlepszy byt. A to bezpośrednio wpływa również na jakość hodowli, na ilość szczeniąt, na ich zdrowie, na ich psychikę. Przez pierwsze dziesięć lat hodowli nie zdarzyło mi się, aby zmarło jakiekolwiek szczenię. Jest to dla mnie bardzo ważny element tego, jak podchodzę do hodowli. Trzymam się wszystkiego tego, co jest zalecane z punktu widzenia naukowego. Wiem, że trzeba utrzymywać odpowiednią temperaturę w kojcu, że szczenięta wymagają bardzo troskliwej opieki i że bardzo duża przeżywalność w hodowli nie bierze się z przypadku. To umiejętność i wiedza, której trzeba się nauczyć. Rozmawiając z hodowcami starej daty, często słyszę określenia: „No, szczenięta to tak mają, czasem umierają. No, tak to już jest”. I nie do końca mogę się z tym zgodzić. Oczywiście są rzeczy, na które nie mamy wpływu, ale 90% tego, co się dzieje dookoła nas, to rzeczy, na które mamy wpływ.

Czego nauczyła mnie hodowla psów?

Hodowla nauczyła mnie też bardzo dużej odpowiedzialności. I to odpowiedzialności do granic możliwości. Przestałam być całkowicie osobą spontaniczną. Co jest może minusem, może plusem. Nie potrafię już tak po prostu wyjść sobie w ciągu dnia na wiele godzin i wrócić wieczorem. Nie wyjadę nigdzie na weekend, decydując się z dnia na dzień. I też stresuje mnie, jeżeli moje plany muszą się zmienić z niezależnych ode mnie przyczyn. Jeżeli umawiam się z kimś na godzinę 14:00, a ta osoba przyjedzie o 14:20, to rozbija mi spacer z psami, rozbija mi trening, rozbija mi plan dnia. Co więcej, bardzo często mam tak, że nawet jeżeli plany są kuszące, to i tak z reguły mam ochotę bardziej spędzić ten czas z psami. Nauczyłam się także ogromnej dbałości o szczegóły, skrupulatności i organizacji. Trzymanie się terminów konkretnych szczepień, porządkowanie dokumentacji, która jest co chwilę potrzebna i wymagana do tego, żeby ją wyciągnąć z szafki i gdzieś po coś zerknąć. Teraz wszystko jest ułożone tak jak należy.

Nauczyła mnie też pokory… Każdy hodowca mówi, że hodowla uczy pokory… Ale co to znaczy? Są momenty, kiedy wszystko idzie po naszej myśli i wydaje nam się, że jest idealnie, aż nagle szczeniak dostaje gorączki. I teraz już temat stresującego zadania w pracy czy czegokolwiek innego, co wydawało się tragedią staje się błahy. Bo teraz nie śpisz przez 7 nocy z rzędu. Nosisz 2- tygodniowe szczenię przy sobie do pracy, po domu, a nawet kąpiesz się z otwartym prysznicem, żeby zerkać na nie co 30 sekund – czy oddycha równo. Jeździsz do 7 różnych klinik, bo nikt nie potrafi pomóc. Nikt nie chce też się przyznać, że nie potrafi i pojawia się to słynne „no szczenięta często odchodzą…”. Aż trafiasz na kogoś, kto chce i umie pomóc i rozwiązanie okazuje się błahe. 7 tysięcy wydane w ciągu kilku dni na ratowanie malucha okazuje się, że można było zastąpić wizytą pierwszego dnia w odpowiednim gabinecie za 120 zł… Niby wiesz już wszystko, a w obliczu tej sytuacji jesteś bezradny… Dlaczego? Bo nie da się wiedzieć wszystkiego, ale wszystko jest cennym doświadczeniem.

No i moja duma!

Najbardziej dumna z perspektywy czasu jestem jednak z tego, jak rozwinęłam się sama w sobie. Jak poszczególne elementy hodowli zmusiły mnie do tego, żeby rozwinąć się pod różnymi kątami i okazało się to bardzo przydatne. Musiałam kupić aparat i zacząć robić zdjęcia. I okazało się, że fotografia stała się moją pasją. Oczywiście fotografia psów ;). Samodzielne robienie grafik, zapowiedzi miotu i innych rzeczy, które są potrzebne do hodowli, także okazało się przydatne, a jest to po prostu kolejna umiejętność, którą zdobyłam mimochodem.

Ostia Grey Vanilla i Enshi Grey Vanilla

I co najważniejsze: Postęp hodowlany…

Jeśli chodzi o hodowlę samą w sobie, to najbardziej dumna jestem przede wszystkim z postępu hodowlanego, który był tak niesamowicie udany. Hodowla to genetyka, a nieubłaganą częścią genetyki jest statystyka matematyczna i rachunek prawdopodobieństwa. To, że na papierze odziedziczalność, dajmy na to (zmyśloną cechę, aby było łatwiej zrozumieć), brązowego koloru u szczeniąt, to 90 do 10, czyli 90% szans na to, że urodzi nam się szczenię brązowe, a tylko 10% szans na to, że urodzi się szczenię białe, to wkrada nam się tutaj losowość. I jakbyśmy nie liczyli, jak nieubłaganie nie podstawialibyśmy do wzorów, może się okazać, że rzeczywiście, jeśli powołamy do życia tysiąc szczeniąt z tej samej pary, to 900 wyjdzie brązowych, a 100 białych. Ale w przypadku, kiedy w miocie rodzą się 4 albo 6, to wszystkie 6 może być białych. Dlatego nawet najlepiej potrafiąc planować pod kątem genetyki nasze skojarzenia, jednak łut szczęścia nam się przydaje. A uważam, że miałam dosyć spory. Oczywiście szczęście sprzyja wytrwałym, więc moje szczęście okupione jest dużą pracą, wyliczeniami i bardzo dużą ilością wiedzy na temat tego, jak prowadzić hodowlę. Więc uważam, że postęp, który osiągnęłam, jest zarówno zasługą szczęścia, jak i mojej ciężkiej pracy.Najpierw była Fila. Nie była to jakoś super przemyślana decyzja hodowlana. Po prostu podobała mi się wizualnie jako laikowi. Dopiero potem zrozumiałam, jak dużo ma wad i że nie jest idealna. I że wypadałoby coś poprawić.

Udało mi się już w pierwszym pokoleniu poprawić dość sporo. Pianka była znacznie niższa od Fili (Fila jest za wysoka o 7 cm względem wzorca), miała znacznie lepszą górną linię, znacznie lepszą głowę, była lepsza anatomicznie. Potem Enshi – znowu dużo lepsza niż Pianka. A teraz mamy Jimmy’ego i Ostię, którzy są jeszcze lepsi niż ich rodzice. Lepiej zbudowani i bardziej wartościowi dla hodowli. Dlatego jestem bardzo zadowolona z tego, w jaką stronę to wszystko idzie.

Parson Russell Terrier Grey Vanilla podczas wystawy psów

Wystawy i praca z psem

Jestem też bardzo dumna z aspektu wystawowego. Początkowo wydawało mi się, że wystawy są takim nieistotnym elementem. A zaczęło mi się to bardzo podobać. To kolejny przyjemny element pracy z psem. Widzę, jak psy muszą się skupić na wystawie, jaką jest to dla nich pracą, i dlatego w zasadzie zrezygnowałam z innych sportów na rzecz przygotowywania psów do wystaw. Psy uczą się przebywać w tłumie ludzi, uczą się działać też w tłumie psów. Dzięki temu są super socjalizowane, potrafią się opanować i nie ciągną do każdego psa na spacerze. Nie mają potem problemów w kontaktach z innymi psami i są jednocześnie bardzo dobrze nastawione w stosunku do obcych ludzi. Zaskoczyło mnie, jak pozytywnie działa to na psią psychikę.

Mamy też bardzo dużo sukcesów wystawowych: zwycięstwo klasy na wystawie światowej w Genewie Enshi, masa championatów, zwycięstw klubów itd. Na przestrzeni lat sześciokrotnie zdobyliśmy tytuł Zwycięzcy Polski (w gwoli ścisłości startowaliśmy w tej konkurencji czterokrotnie, więc z ponad 100% skutecznością ;)). Na dwóch wystawach więcej niż jeden pies skończył z tytułem Zwycięzcy Polski. Do tego dochodzi dużo sukcesów zagranicznych.

To oczywiście jest dla mnie powód do dumy, ale chyba jeszcze bardziej cieszy mnie to, co stoi za tymi wynikami.

To, że nasze psy po prostu funkcjonują, reprezentują najwyższy poziom psiej kultury i zrównoważenia, o jakim mogłam tylko śnić. Możemy je zabrać wszędzie, jeździmy z nimi po hotelach, nie mamy z nimi żadnego problemu. Nie szczekają, nie ujadają, nie biegną nerwowo do drzwi, kiedy ktoś wchodzi. Wszystko jest na takim poziomie, na jakim zaczynałam, czyli nadal zostały 100% grzecznymi, ładnie wychowanymi psami do towarzystwa. I chyba to jest właśnie dla mnie najważniejsze w tej całej historii. Bo ludzie często nie zdają sobie sprawy, ile wiedzy stoi za hodowlą psa. Dobór rodziców to nie jest tylko to, że ta suczka mi się podoba, to pokryją ją ładnym pieskiem. Nie można po prostu kryć niskiego wysokim, licząc na to, że wszystko się uśredni. To tak nie działa. Mogą pojawić się problemy rozwojowe, których można uniknąć, mając podstawową wiedzę. Tak samo nieprawidłowa opieka nad szczeniętami może doprowadzić je nawet do śmierci. Szczenięta wymagają bardzo troskliwej opieki, aby przeżywalność tych szczeniąt była na najwyższym poziomie. Trzeba bardzo dobrze znać linie, żeby połączyć te psy w jakąś taką całość. To wymaga bardzo dużej wiedzy, z której ludzie często nie zdają sobie sprawy.

Hodowla psów to coś więcej niż szczenięta

I właśnie dlatego Grey Vanilla nigdy nie było dla mnie po prostu miejscem, w którym rodzą się szczenięta. To efekt lat nauki, setek godzin szkoleń, zdobywania doświadczenia, obserwowania psów, analizowania ich, popełniania własnych błędów, wyciągania z nich wniosków i ciągłego sprawdzania, czy można zrobić coś jeszcze lepiej. Bo hodowla nie jest dla mnie czymś, co robię po godzinach. Psy są jednym z głównych zainteresowań mojego życia, moją największą pasją i czymś, wokół czego przez lata zaczęła układać się właściwie jego duża część. I właśnie dlatego chcę się dalej nadal uczyć. Bo kiedy raz zobaczy się, jak wiele rzeczy trzeba wiedzieć, żeby naprawdę dobrze zadbać o jedno żywe stworzenie, bardzo trudno później powiedzieć sobie:

„Już wiem wystarczająco dużo”.

szczenięta Parson Russell Terrier - Grey Vanilla FCI

Zobacz również:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *